19.05.2015

Dogtrekking Frikaj - Mogielica 2015

Decydując się na operację kręgosłupa wiedziałam, że powrót do pełnej sprawności będzie długotrwały, ale nie zdawałam sobie sprawy, że pies tak szybko postawi mnie na nogi i że 8 miesięcy po wkręceniu w mój kręgosłup śrub - będę łaziła po górach! Mój wyjazd w Beskidy był pewnym powrotem do dziecięcych wspomnień i marzeń oraz nadrobieniem czasu, którego nie wykorzystałam dwa lata wcześniej, podczas moich pierwszych wakacji z Janką w tamtej okolicy.

-----

Kiedy trafiłam na informację o dogtrekkingu na Mogielicy (KLIK), nie mogłam przestać o nim myśleć. Tak się składa, że od początku maja przechodzę dość intensywną rehabilitację (moją pierwszą od operacji) i stwierdziłam, że to niezły moment, żeby sprawdzić czy dystanse jakie pokonuję po płaskim terenie, dam radę pokonać w górach.

Zalesie - nasz start i nasza meta

Przed podjęciem decyzji o udziale w dogtrekkingu, męczyłam organizatora natrętnymi i dociekliwymi pytaniami ;) Stowarzyszenie Frikaj (KLIK) cierpliwie znosiło tę konwersację, a ja dowiedziałam się, że powinnam poradzić sobie z najprostszą trasą, gdyż wyznaczyli ją po dość płaskim terenie, ma mieć około 10 kilometrów i co najwyżej mogę się zaopatrzyć w kijki trekkingowe, aby wspomagać się przy podejściach lub zejściach.

Jakim cudem przeszłam prawie 19 kilometrów?

Na wyjazd namówiłam Anetę z Arnikiem, których zgarnęłam po drodze z Dąbrowy Górniczej (ależ tam mają korki!). Janka poznała się już z Arnikiem w lutym tego roku, więc miałam pewność ich relacji.

Zatrzymałyśmy się w Szczawie (KLIK), rzut beretem (około 20 minut samochodem) od Zalesia - bazy zawodów, skąd 16 maja 2015 roku wyruszyliśmy na Mogielicę :)

To był mój pierwszy dogtrekking, do tej pory słyszałam lub czytałam różne relacje, także mimo braku doświadczenia, miałam pewne wyobrażenie co może nas spotkać.
W imprezie można było pobiec z psem do adopcji - w ogóle impreza była promowana wśród adopcyjniaków, a osoby będące wolontariuszami w prozwierzęcych instytucjach, mogły nawet liczyć na zniżkę w opłacie startowej. Za to duży plus, gdyż udało mi się załapać :D

Polana Stumorgi

Wielkim minusem było za to biuro zawodów usytuowane w budynku, na piętrze, w wąskim przejściu tuż przy schodach. Nie chciałam zostawiać Janki w samochodzie, dlatego poszła ze mną. To był istny kocioł! Nie wszyscy właściciele panowali nad psami, bardzo irytuje mnie, kiedy ktoś mówi do swojego psa "nie podchodź, no już, idziemy dalej" i stoi.... i nie robi nic, żeby ruszyć swojego psa, który właśnie wpycha nos pod ogon dwa razy mniejszemu psu, który został wciśnięty w balustradę schodów. Ruch jest zblokowany, emocje rosną... Przed budynkiem było mnóstwo miejsca, dlaczego nie można było przenieść biura zawodów na zewnątrz?

Mimo wszystko, Janka ładnie się zachowywała, przez większość czasu była u mnie na rękach, miała też kaganiec - bo nigdy nic nie wiadomo i dodatkowo dla wyciszenia. Miłym zaskoczeniem były plakaty o akcji Żółta Wstążka (The Yellow Dog Projekt - KLIK) oraz pytanie czy pies nie potrzebuje wstążeczki. Na wszelki wypadek... Janka dostała więc żółtą wstążeczkę :)

Odpoczynek po wizycie w biurze zawodów

Start odbywał się obok budynku. Na polance zebrali się wszyscy uczestnicy trasy Fitness i Family. Oraz dron - postrach większości czworonogów! Janka spanikowała, tym bardziej, że dron zawisł w powietrzu niedaleko nas.

Wszyscy dostaliśmy mapy i chipy (wielkości skuwki od długopisu lub w formie małej kwadratowej karty), którymi odznaczaliśmy naszą obecność na punkcie. Nie wiem czy nie doczytałam informacji, a na pewno nie słyszałam o tym podczas rejestracji, ale moja dedukcja tym razem mnie zawiodła... Otóż podczas startu, nie rejestrowaliśmy swoich chipów. Nasza trasa miała 4 punkty, które trzeba było zaliczyć, dlatego po powrocie do Zalesia, kręciłam się by znaleźć kogoś, komu mogę zdać chipa, poszłam nawet do biura zawodów, ale nikogo tam nie spotkałam... Nie miałam pojęcia, że po dobiegnięciu do mety, trzeba było dodatkowo odhaczyć się chipem, a później poszukać pana z komputerem i tam zdać sprzęt. Na dodatek tuż przed znakiem mety było kłębowisko ludzi i psów, gdyż w momencie mojego dotarcia do celu, organizatorzy zaczęli dekorację zwycięzców. Z reguły nie pakuję się z psem w tłum, dlatego błądziłam jak dziecko we mgle... dopóki inny zawodnik mi nie pomógł i praktycznie nie zrobił tego za mnie. Dziękuję mu za to serdecznie!

Nasza trasa

No to teraz trochę informacji z trasy!
W góry pojechałam, żeby sprawdzić siebie i psa, to nie miał być wyczyn, bieganie ani walka z własnymi słabościami, to miał być miły spacer ze świadomością, że zawsze można zadzwonić po pomoc. To miała być górska przygoda w doborowym towarzystwie, bez spinania, bez kozaczenia, ot - miła majowa sobota :)

Góry, góry, góry...

Beskid Sądecki i Gorce są moim stałym wakacyjnym punktem. Do Szczawy jeździłam już jako mały szkrab i mam ogromny sentyment do tych okolic. Na samą Mogielicę wchodziłam już kilkukrotnie, dlatego wiedziałam czego mniej więcej się spodziewać. Mówię mniej więcej, gdyż miałam cichą nadzieję na ominięcie stromego podejścia przez bukowy lasek...

Od startu do mety, trzymałyśmy się z Anetą na uboczu. Przepuszczałyśmy tych, którzy się spieszyli, schodziłyśmy z drogi tym, którzy omijali punkty i musieli zawracać, starałam się również nie zbliżać do psiaków z żółtymi wstążeczkami. Mimo tych "środków ostrożności" miałam dwie niemiłe przygody.

Pierwsza była przy strumyku, chyba jedynym tak łatwo dostępnym na całej trasie. Rozumiem, że niektórzy ludzie przyjechali walczyć na śmierć i życie, ale naprawdę - czy tak trudno poczekać, aż miejsce przy wodzie się zwolni? No widać nie, skoro pani z trzema wielkimi psami władowała się na nas, odcinając jakąkolwiek drogę ucieczki...

Nisko czy wysoko?

Druga sytuacja miała miejsce na pierwszym stromym podejściu, tuż przy wejściu w bukowy lasek. Janka cudnie wykonała komendę kierunkową, skręciła w lewo wchodząc pod górę, a gdy i ja wyszłam na prostą, z prawej strony władowało się we mnie dwoje ludzi... i chyba z 5 psów! Szłam z POŻYCZONYMI kijkami, które miałam zaczepione o dłonie - chodziło mi o to, aby wolną dłonią móc manewrować przy psiej smyczy, ale by nie schylać się ciągle po upuszczony kijek. Ludzie, którzy wepchnęli się na ścieżkę byli bardzo zdeterminowani, dlatego postanowiłam przeczekać ten kocioł, puściłam kijki i zaczęłam ściągać psa do siebie. Nie było mi dane zrobić tego manewru bezpiecznie, bo wejście było dość strome, psy się pchały, ludzie się pchali... straciłam równowagę i upadłam. Zrobiłam to tak niefortunnie, że wygięłam jeden kijek, więc chyba nie muszę Wam mówić jaka byłam wkurzona! Pożyczony kijek, pierwsze podejście, przy którym kijki naprawdę by mi pomogły. Byłam tak zła i zawiedziona, że miałam ochotę zawrócić na start.

Wrrr!!!

To podejście mnie pokonało, straciłam na nim dobrą godzinę, więc jestem pod wrażeniem cierpliwości Anety, która ani razu nie zostawiła mnie samej. Jej obecność dodawała mi otuchy i dopingowała. No i Arniczek był cudowny, za każdym razem kiedy dołączaliśmy do Anety i Arniego, Janka ewidentnie się cieszyła, więc obecność znajomego psa również jej dodawała pewności siebie.

Żeby nie było, że tylko narzekam... ;) Dziękuję wszystkim, którzy uszanowali żółtą wstążeczkę mojego psa, podczas mijania, podczas wyprzedzania - dziękuję, że zabieraliście swoje psy i nie daliście Jance możliwości by się zdenerwowała. Im więcej takich sytuacji, tym większe przekonanie mojego psa, że tak naprawdę nie ma się czego bać. Dziękuję też dziewczętom, które na ostatniej prostej uraczyły nas pyszną wodą dającą super kopa oraz dały naszym psom wszystkie biszkopty jakie miały ze sobą :)

Pogoda dopisała - jak na zamówienie!

Wyjazd uważam za udany, mimo kilku nieciekawych zdarzeń na trasie, nie żałuję, że zdecydowałam się na udział w zawodach. Okazało się, że mój kręgosłup dał radę, ja również byłam dzielna, a mój pies wymiatał, szczególnie na zejściach, niech go szlag :P I choć nie udało mi się przygotować dla niej akcesoriów jakie planowałam (szelki z Zero DC - od ponad miesiąca byłam w kontakcie z firmą, ale w żadnej dostawie nie było naszego kompletu oraz smyczy z amortyzatorem, w całości, aby zminimalizować ciężar dodatkowych okuć), wykorzystałam to, co miałam pod ręką - szelki Trixie Fusion, 2 metrowa smycz i 30 cm. doczepiany amortyzator z DogStyle. Wszystko miałam podpięte do pasa biodrowego przy plecaku, a w plecaku miałam jedynie aparat, miskę i psi izotonik (wywar z kurczaka rozcieńczony wodą - idealny pomysł dla psów niepijących wody poza domem, do których należy Janka) oraz dokumenty. Jedyne co doskwierało mi po tym spacerze to pęcherz na pięcie. Wielki... który zdecydował pęknąć i zerwać z siebie skórę :P

Mętne, nieapetyczne, ale pyszne! Psi izotonik to świetna sprawa :)

Wyjazd w góry był dla mnie pewnym przełomem. Dwa lata temu zabrałam tam Jankę na wakacje, ale nie udało nam się zdobyć ani jednego szczytu.... Odkąd pamiętam, w wielu sytuacjach towarzyszyła mi myśl "zrobię to kiedyś z psem" lub "byłoby ekstra, gdyby towarzyszył mi teraz mój pies". Odkąd pojawiła się u mnie Janka, te wspomnienia wracają, dlatego to, że weszłyśmy razem na Mogielicę było dla mnie podwójnie ważne. Pokazało, że mój organizm ładnie się regeneruje i nabiera siły, a także namacalnie dało mi dowód na spełnianie marzeń. Moment, w którym siedziałyśmy pod szczytem i patrzyłyśmy na okazałą polanę Stumorgi był nie do opisania!

Razem!

Mam ogromną nadzieję, że Jance się podobało, bo nie będzie to na pewno nasz jedyny dogtrekking! W czerwcu wybieramy się do Puszczy Bolimowskiej i liczę na to, że obie znowu będziemy się świetnie bawiły :)


PS Nawet nie wiem czy były rozdawane dyplomy dla każdego uczestnika... Jeśli były, mam nadzieję, że swój dostanę pocztą ;)




24 komentarze :

  1. Ja nie wiem, jak oni liczą te trasy, nam wyszło 18 zamiast 15 km... W życiu z psem tyle nie zrobiłam w takim tempie ;)

    Cieszę się, ze udało Wam się wystartować i dotrzeć do mety, wielki szacun, nie wiem, czy ja bym się odważyła tak śmigać po operacji :)

    Wstyd się przyznać, ale ja nigdy nie byłam w tych okolicach, a na zdjęciach prezentują się bajecznie. Chyba czas to zmienić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uwielbiam Beskidy i Gorce. Mam jeszcze jedno marzenie związane z Beskidami, ale wymaga ode mnie porządnego przygotowania... Oby kiedyś się udało!

      Usuń
  2. Przepiękne zdjęcia górskie! :) Ta jedyna kwestia mnie odstrasza - dużo nieogarniętych psiarzy na zbyt bliskim dla mnie obszarze :P Ale i u Ciebie i u Evel tak fajnie piszą, że coraz bardziej dojrzewam do spacerku :)

    Gratuluje siły i samozaparcia! Życzę dużo zdrowia, śruby w kręgosłupie to nie przelewki! :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Atmosfera na takich zawodach bywa bardzo napięta, szczególnie na starcie, jednak w trakcie marszu i podczas mijanek, jeśli jakiś pies nie zainteresuje się innymi, to jest totalny luz. Janka w ogóle nie przejmowała się bliskością obcych psiaków, chyba, że jakiś do niej wystartował :P Te zawody były wyjątkowe, dość kameralne. Jestem ciekawa co czeka nas w Puszczy Bolimowskiej.

      Usuń
  3. Faktycznie trochę długa Wam trasa wyszła :D Ale najważniejsze, że obie z Janką dałyście radę i dobrze się bawiłyście! A nieprzyjemnościami nie ma się co przejmować, wszędzie znajdują się ludzie niemyślący...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się wspominać tylko te dobre chwile, no chyba, że spojrzę na kijki... :P

      Usuń
  4. Gratulacje dla Was, że mimo wszystko nie poddałyście się! Mi od dawna marzy się dogtrekking i mam nadzieję, że w tym roku w końcu się uda. Chociaż strasznie denerwują mnie tacy ludzie, dlatego najbardziej lubię spacerować sama z psem :).
    A miejsce piękne, jednak góry to jest to..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli lubisz samotne spacery, to polecam miejsce na końcu peletonu :) To prawda, góry to jest to, szczególnie, jak pogoda zaskakuje Cię od najlepszej strony!

      Usuń
  5. Mam nadzieję, że ci nieprzyjemni właściciele trafią na Twojego posta i zrobi im się co najmniej głupio, że tak się zachowali :)
    Wielki szacun, że pomimo nie dokońca pełnej sprawności w ogóle ruszyłaś!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ci właściciele pewnie nie będą wiedzieć, że to o nich mowa :)
      Pozdrawiam!

      Usuń
  6. Fajnie jest spełnić marzenie, nawet takie niepozorne, jak zdobycie szczytu z psem :) Lubię cieszyć się takimi osiągnięciami, swoimi i nie swoimi, gratulacje dla was!

    Też jesteśmy z połówkiem kręgosłupowymi paralitami (ja spora skolioza, połówek przepuklina i coś tam jeszcze) i podziwiam cię za start ze śrubami!

    Tak wyglądała wasza mapka? Wydaje się trudna. Jak wam poszło odnajdywanie się w terenie i szukanie punktów?

    Współczuję spotkania na trasie niezbyt empatycznych ludzi, nie przypominam sobie, żebym na którymś dogtrekkingu przeżyła jakąś niemiłą sytuację, a wszyscy "biegnący po złoto" i tak szybko nas wyprzedzają i później nawet nie ma szansy ich spotkać ;)

    My bez kanapek i batonów proteinowych się nie ruszamy, ale chyba przemyślę ten izotonik dla psa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paralitycy kręgosłupowi - łączmy się! :D

      Tak, to nasza mapa. Nie była trudna, ta skala jest chyba dość popularna w dogtrekkingach, jedyne do czego bym się przyczepiła, to lepsza legenda (na mapie nie był wyjaśniony jeden szlak - trasa narciarstwa biegowego - a my tym szlakiem poszłyśmy) oraz dokładniejsze zaznaczenie punktów (np. grotem strzałki) bo gdyby nie pomoc miłych Państwa z haszczyną, to przeszłybyśmy drugi punkt.

      Miałam ze sobą kanapki, ale nie byłam głodna, dlatego połowę bułki zjadła Janka. Izotonik zrobiłam na wywarze z piersi i ćwiartki kurczaka. Ćwiartka kurczaka wylądowała w jankowej kolacji, a piersiątko miałam ze sobą jako smaczki.
      Mam nadzieję, że ten sam patent wykorzystam w Puszczy, bo Janka jest psem, który nie pija wody poza domem, to się oczywiście powoli zmienia, ale żeby nie stresować się odwodnieniem w czasie długiego marszu, wolę mieć ze sobą rosołek, którym na pewno nie pogardzi.

      Usuń
  7. Przepiękne tereny! <3 My niestety mieszkamy daleeeko do gór i nie wiem, czy kiedyś znajdę się tam z Nelą.
    Prawie 19 km? O.o Woow, ja nie wiem czy bym dała radę. :P

    http://cztery-lapy-jeden-nos.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba marzyć, bo marzenia są po to, aby je spełniać :)

      Usuń
  8. Jak będziesz na DogOrient w czerwcu to koniecznie podejdź i się przywitaj ze mną i Tabo. :)

    http://www.pozytywnypies.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak rozpoznam, to postaram się podejść ;)

      Usuń
  9. Pięknie! Gratulacje dla Was obu. :)
    Niestety, wszędzie, w każdym miejscu zdarzają się niezbyt sympatyczni i niezbyt rozgarnięci ludzie - to, że ktoś ma psa wcale nie znaczy, że powinien go mieć. Cieszę się, że mimo tych zgrzytów oceniasz wypad pozytywnie. A Janka w samochodzie na zdjęciu przed biurem zawodów wygląda jak prawdziwa królowa życia. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, wypad był iście udany! Lubię łączyć różne rzeczy, pewnie jak bym pojechała tylko na zawody, nie miałabym jak spuścić pary, a tak - miałam moją Szczawę na totalny, choć bardzo krótki, reset :)

      Królowa życia :D Mam nadzieję, że po tym co ją spotkało w dawnym życiu, ma teraz takie mniemanie! :)

      Usuń
  10. Fani gór łączmy się :D My przy sprzyjającej pogodzie jeździmy co tydzień i muszę przyznać, że trochę się uzależniłam ;)
    Trasa i widoki przepiękne, a dla Ciebie i Janki należą się duże gratulacje! Niestety nie wszyscy potrafią uszanować naszą przestrzeń czy chociażby zachować resztki kultury. Mnie również bardzo to irytuje, szczególnie że podczas naszych wypadów w góry, również zdarzają się podobne akcje :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy dużo spotyka Was nieprzyjemności? Gdzie najczęściej jeździcie? No i szok, że co tydzień - super! Ja mieszkam w centralnej Polsce, więc wyjazd w góry to dla mnie większa wycieczka.

      Usuń
  11. Tereny oczywiście piękne, zazdrościmy i tak dalej... ale ja mam bardzo ważne pytanie - jaki macie rozmiar kagańca? Poważnie noszę się z zamiarem zakupu tegoż samego, ale mam wątpliwości co do rozmiaru. Janka jest podobnej wielkości co Azra, więc może mi to pomoże :) Azra ma obwód pyszczka 17, a długość - 7,5. Myślisz, że 8 cm x 23 cm będzie ok? Czy lepiej wziąć ten większy, 10 cm x 30 cm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja myślę, że będzie dobry, co prawda nos pewnie będzie wystawał jej bardziej niż Jance, ale pewnie będzie miała więcej miejsca przy ziajaniu. Długość pyszczka Janki to 7 cm., w obwodzie ma około 20, a rozmiar Baskerville jaki kupiłam to 3.

      Usuń
  12. Patrzę na te góry, patrzę... i uwierzyć nie mogę, bo tak jak całe życie dokonując wyboru "góry czy morze", zawsze wybierałam morze, tak teraz ciągnie mnie tam jak nie wiem co!
    Podziwiam Was i gratuluję! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dawaj w góry!!!
      Moim stałym wakacyjnym celem był wyjazd w góry, nad morzem byłam raptem ze 3 razy, zawsze się tam nudziłam i choć jestem leniwcem i po górach łażę w żółwim tempie, to lubię tu wracać. Ale nad morze też mnie ciągnie... dla psa ;) Byłyśmy do tej pory raz, ze dwie godziny i Janka miała taką radochę, że bardzo chciałabym to powtórzyć.
      Masz może obcykane miejsca nad morzem, co by psiarze byli usatysfakcjonowani?

      Usuń

Zapraszam do komentowania!