02.08.2016

Klasy komunikacji z Talking Dogs

O klasach komunikacji dowiedziałam się ponad trzy lata temu. Od dobrych dwóch planowałam by się na nich pojawić, no i w końcu - mimo kilku zawirowań - dopięłam swego! Z Talking Dogs (KLIK) spotkałam się już trzeci raz, za to pierwszy raz w komplecie i na wytęsknionych przeze mnie klasach komunikacji.

-----

Jeśli lubisz ze swoim psem osiągać sukcesy szkoleniowe, kochasz sztuczki i typowe sporty kynologiczne, rajcują Cię też szybkie efekty... Te warsztaty nie są dla Ciebie.
Klasy komunikacji to zajęcia, które pomagają psom zwiększać swoje kompetencje społeczne. Uczą psa komunikacji z innymi psami, uczą psa przebywania z ludźmi. To chyba jedyne zajęcia, na których psy problemowe są mile widziane!

Nasze klasy odbywały się w dwa dni, także weekend 23-24 lipca 2016 spędziłam w Borkach Wielkich by obserwować Jankę oraz inne psy borykające się z przeróżnymi problemami behawioralnymi.

Pierwszego dnia, po krótkim wywiadzie na temat psów, na ogrodzony padok wchodziły kolejno dobrane przez organizatorów psie pary. Do dyspozycji psów był staw, dość spory teren oraz wszystko to, co zostało przez nie znalezione, dlatego wiele psów raczyło się końskimi owsianymi "ciasteczkami", przeciskało pomiędzy uczestnikami, obwąchiwało torby i bez skrępowania biegało dookoła. Konwencją tych zajęć jest to, że psy mogą robić co chcą, nie można im w niczym przeszkodzić, aby wyłuskać z nich to, kim naprawdę są.

Podczas każdego spotkania, jeden pies przebywał na mniejszym padoku, a drugi na większym. Jeśli miały ochotę, mogły się poznać poprzez siatkę. Następnie role się odwracały, psy zamieniały się miejscami, a jeśli ich relacja dobrze wróżyła - dochodziło do bezpośredniej konfrontacji, czyli wypuszczano psy na wspólny padok.

Pierwszego dnia Janka spotkała się z Lexem - prześlicznym małym munsterlanderem z jajkami :) Zgodnie z moimi przeczuciami, Janka nie miała ochoty na kontakt z psem, i mimo że Lex był nią wybitnie zainteresowany, to moja suczka cały czas, który mogła spędzić na większym padoku, przeznaczyła na taplanie w stawie, wytarzanie w jakimś glucie, ucieczkę poza ogrodzenie oraz szaleńcze gonitwy po padoku (jak już postanowiła do nas wrócić) oraz kosztowaniem tego, co wydało jej się smakowite. Kiedy Janka weszła na mniejszy padok, była zajęta rozkopywaniem kilku dołków, patrolowaniem okolicy oraz sprawdzaniem każdej nowej osoby, która pojawiła się za siatką. Między psami nie doszło więc do bezpośredniej konfrontacji.

Drugi dzień zaczęłyśmy od mniejszego padoku. Janka przywitała się z uczestnikami, a szczególnie pewną dwójką... (Kochani, przepraszam za błotne łapki na Waszym śpiworze!). Pobawiła się w wodzie w krokodyla, zjadła co miała zjeść i dopiero wtedy schowałyśmy się za ogrodzenie, obserwując rozwój wypadków. Tego dnia, Janka miała konfrontację z Wedlem, przecudnym czekoladowym wykastrowanym kundelkiem. Przy ogrodzeniu była próba sił, ale Janka wolała obserwować Wedla z oddali. Mimo iż Wedel był zainteresowany Janką i nie zważał na jej niechęć, między psami nie było niebezpiecznej ekscytacji, dlatego organizatorzy postanowili wypuścić psy na wspólny padok. Janka popędziła do wody, przywdziała błotne skarpetki i wtedy pojawił się on - Wedel. Prawdę mówiąc, Janka zachowała się tak, jak zachowuje się wobec każdego psa, który na polu podchodzi do niej zbyt blisko, czyli odgoniła Wedla. Ale on stanął... i dał się obwąchać! Psy wbiegły pod górkę, spotkały się przy kupce siana i... wspólnie zaczęły ją obwąchiwać :) Później spotkały się przy uczestnikach, gdzie Janka miała go na oku, a kiedy Wedel opuścił padok, mój pies w końcu mógł zrobić trzymaną od rana kupę i dopiero wtedy był gotowy opuścić padok, na co mu pozwoliliśmy. Narobiła się nieziemsko! I pragnęła by ją za to wychwalać ;)


Spotkanie z Wedlem przypomniało mi spotkanie z Baarim. On również był nieustępliwy, mimo iż rozumiał, że Janka nie za bardzo ma ochotę na zapoznanie, to ciągle próbował. I zjednał sobie ją nieziemsko, także jestem ciekawa jak by się potoczyła znajomość Janki i Wedla.

*****

Pierwsza część relacji za nami, dlatego pora na omówienie zajęć od innej strony.

Na klasy postanowiłam przyjechać w sobotę. Z Łodzi nie jest bardzo daleko, droga zajęła nam troszkę ponad dwie godziny, a w międzyczasie zatrzymałyśmy się również na krótki spacer po polach. Mimo wszystko, Janka była rozemocjonowana. Jeśli śledzicie naszego fejsbuka, to pewnie pamiętacie jak pod koniec czerwca pogoniły nas dwa goldeny (KLIK). Od tego momentu było już tylko gorzej, tym bardziej, że na tydzień przed klasami znowu miałyśmy scysję z podbiegaczem (KLIK). Janka stała się nerwowa, panicznie reagowała na dźwięk adresatek przy obroży, bardzo często zdarzało się, że w domu powarkiwała, była też w stanie zerwać się z miejsca i podlecieć do okna, by obszczekać ten metaliczny dźwięk. Na dodatek popsuło mi się auto, więc nie mogłyśmy pojechać w dzicz, a dłuższe łażenie po osiedlu tylko wzmagało w Jance stres spowodowany obcymi psami.Nie ukrywam więc, że na klasy czekałam z utęsknieniem.

Kiedy rozpoczęły się zajęcia, jak zawsze podczas treningów zostawiłam Jankę w samochodzie i ze swoimi rzeczami chciałam dołączyć do uczestników. Niestety nie mogłam tego zrobić, bo mój pies wpadł w taką panikę, że myślałam, że wydrapie mi szybę w aucie. Nigdy w życiu tak się nie zachowywała, auto kocha, traktuje je jak bezpieczne miejsce, a ja zawsze ze spokojem mogłam ją w nim zostawić. Przez pierwsze trzy interakcje siedziałam z Janką przy aucie, ale ciągle nie mogła się uspokoić, dlatego pomyślałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie szybkie odejście od samochodu i w oddali przeczekanie pierwszego ataku. Rzeczywiście, aż do obiadu wydawało się, że w aucie zapanował spokój. Po obiedzie zabrałam ją na spacer, ale ledwo weszłyśmy w las... a ona nie chciała dalej iść. Znam ten wzrok! Dlatego też czym prędzej wróciłyśmy do auta. Swoje pierwsze wejście na klasy Janka miała po mniej więcej 10 godzinach spędzonych w aucie, dlatego nie dziwiłam się temu, co zaprezentowała na padoku, ale trochę zmartwiło mnie to, jak organizatorzy to odczytali. Otóż - tak jak wspomniałam w pierwszej części, Janka musiała się wyluzować. Najfajniejszym luzowaczem na świecie to udawanie dzikiej pantery i ładowanie się do wody. Wcale nie wyciszyła się w aucie, stres się w niej tak skumulował, że prędzej czy później musiała wybuchnąć. Ogrodzony teren z dostępem do wody jest bardzo fajnym miejscem na rozładowanie emocji, dlatego korzystała ile mogła, a ja - zgodnie z konwencją - nie przeszkadzałam jej, pozwoliłam robić to, na co miała ochotę.

I dlatego właśnie dostałam następującą diagnozę:
Nie mam kontaktu ze swoim psem, nie ma między nami żadnej relacji. Janka jest zestresowana, sfrustrowana i rozemocjonowana. Nie szuka we mnie oparcia, a i ja nie umiem jej go dać, sama musi sobie radzić z otaczającym światem, jest spięta, bo ciągle kontroluje otoczenie, musi wszystko sprawdzić, wszystko wiedzieć. Nie ma w tym agresji, ale ta kontrola jest silniejsza od relacji ze mną. Powinnam jej pomóc, odciążyć ją, wesprzeć, a tego w ogóle nie ma. Tak jak nie ma między nami nici porozumienia.

Czy chcecie wiedzieć jaką opinię o naszej relacji dostałam rok temu? Zerknijcie tutaj: KLIK.

Okej. Ja bardzo lubię jak Janka pokazuje wszystko co najgorsze, bo wtedy ludzie mi wierzą, że rzeczywiście jest nad czym pracować. Ale kiedy po interakcji wspomniałam o lekach jakie jej podaję, zostałam zasypana gradem pytań. Dlaczego? Po co? Kto to zlecił? Jakie psychotropy?!?!
Najgorszy w tym wszystkim był komentarz jednego uczestnika, jakoby psychotropy były lekarstwem dla mnie. Takie placebo, żebym się lepiej poczuła... Co jak co, ale na tego typu seminarium to się tego nie spodziewałam...

Spytałam się więc jak należy okazywać psu wsparcie w takiej sytuacji? Ano należy pójść na warsztaty smyczowe do Wojtka Radomiaka, bo po osiedlu chodzimy na smyczy. Ekhm.

Dostałyśmy pracę domową: przed wejściem do auta Janka musi być wyciszona. To samo z opuszczeniem samochodu. Musimy jeździć w różne miejsca, mam czekać aż Janka całkowicie, z własnej i nieprzymuszonej woli, się odpręży w bagażniku, a gdy to nastąpi, mamy wracać do domu.
Mimo wszystko nadal nie wiem jak uspokoić psa, kiedy na spacerze usłyszymy huk? Do tej pory po prostu wracałyśmy ze spaceru i chroniłyśmy się w aucie, ale jak ją wyciszyć (bez smaczków, bez nakazu leżenia), kiedy w grę wchodzi lęk i panika?

Nie nocowałyśmy w Borkach Wielkich. Nocleg znalazłam w pobliskiej wsi, w Kucobach. Jestem harcerką i to właśnie harcerze z Chorzowa przyjęli mnie do siebie. Cudowne miejsce! Kiedy dojechałyśmy na miejsce, skauci mieli dyskotekę :D Takiego nagłośnienia nie powstydziłaby się żadna miastowa imprezownia! Ale kiedy dostałyśmy swój pokój, obie praktycznie padłyśmy. Jance kompletnie nie przeszkadzał gwar za oknem, zasypiała na stojąco. Po awanturze w aucie, nie zaryzykowałam i nie zostawiłam jej samej w pokoju, dlatego dzielnie towarzyszyła mi w łazience, toalecie, w przynoszeniu bagażu do pokoju.


Mimo iż kilka razy w ciągu nocy się wybudzałam, Janka spała jak małe dziecko. Widać było rano, że się wyspała i ma całkiem fajny humorek, dlatego na porannym spacerze pohasała chwilkę bez smyczy. Mimo iż widziałam, że tak jak przy stadninie i tutaj są miejsca, w które nie chce się zapuszczać, miałam nadzieję, że tym razem nie wpadnie w fazę "cały świat na nas czyha!". W tak pięknych okolicznościach przyrody spędziłyśmy nasz pierwszy niedzielny spacer i miałam nadzieję, że będzie to zapowiedź wspaniałego dnia:


Drugiego dnia warsztatów, udało nam się wejść jeszcze przed obiadem. Byłyśmy chyba trzecią bądź czwartą parą, która weszła na padok i był to czas ostateczny, bo Janka zaczynała już tracić głowę w samochodzie. Byłam pewna, że na klasach zostaniemy do samiutkiego końca, niestety po obiedzie było słychać wystrzały z pobliskiego lasu. Janka zaczęła się na serio denerwować, więc nie mogłam jej zostawić samopas. Kiedy otworzyłam bagażnik wbiła mi się w ramiona, dlatego przeniosłam ją na tylną kanapę i wspólnie przesiedziałyśmy tam jakiś czas. Nie przeszkadzał jej szum drzew i na oścież otwarte drzwi. Powolutku normowała oddech, ślina nie ciekła jak szalona, widać było, że wraca do siebie. W międzyczasie na padoku działy się różne rzeczy. Psy się zmieniały i właśnie w trakcie takiej zmiany podbiegła do aut Fika. Najpierw widziałam ją od strony drogi, ale kiedy podeszła do nas od strony lasu i wyczuła psa, praktycznie wskoczyła nam do samochodu. Obszczekała mnie i Jankę, która znowu się zdenerwowała. Pomyślałam więc, że nie będę dłużej czekała, pobiegłam po swoje krzesełko i postanowiłam wrócić do domu.
Pierwszą godzinę podróży Janka spędziła na tylnej kanapie, drugą już w klatce w bagażniku, bez protestu.

*****

Skoro same klasy przebiegły nie najgorzej i w trakcie tego weekendu Janka miała dwa wejścia, z czego jedno zakończyło się interakcją i to interakcją naprawdę na poziomie, z sukcesem dla każdego psa, to dlaczego ciągnę tę opowieść? Ano dlatego, że były pewne rzeczy, które mogły wyglądać inaczej.

1. Rejestracja uczestników. Myślę, że nie byłoby dużym problemem, aby w mailu organizacyjnym napisać gdzie odbędzie się rejestracja uczestników. Dwa słowa: "dziedziniec stajni", a nie musiałabym kręcić się po ośrodku i pytać obcych ludzi, gdzie rozpoczynają się zajęcia.

2. Podczas rejestracji uczestników zadawano nam standardowe pytania, typu: rasa psa, wiek, kastracja (tak/nie?), problem z którym przyjechaliśmy. Czy nie można było zrobić tego podczas przyjmowania zgłoszeń? Przecież nie wiedziałam, że to, iż Janka bierze psychotropy może mieć znaczenie. Właściwie to nadal nie wiem... Uważam, że wywiad o psie był niepełny i organizatorzy nie byli w tym temacie odpowiednio przygotowani.

3. Lista obecności. Gdyby podczas rejestracji odczytać listę uczestników, można było się zorientować, że nie wszyscy się jeszcze odnaleźli. Z informacjami organizacyjnymi można było poczekać, dzięki czemu niektórzy uczestnicy nie wnieśliby jedzenia na padok, bo usłyszeliby, że jest to zabronione.

4. Organizacja zajęć. Wydaje mi się, że po to podaje się rozpiskę godzinową, aby jej pilnować. To nie jest propozycja albo aluzja. Rozumiem, że można mieć nawet 10 minut opóźnienia, ale dodatkowe pół godziny do czterdziestu minut, które trzeba spędzić w oczekiwaniu, naprawdę nie pomaga.

5. Psy w autach, a psy w pokojach. Większość uczestników, którym udało się zarezerwować nocleg na miejscu przyjechało dzień wcześniej. Psy były już zapoznane z otoczeniem, dlaczego więc nie zrobić ukłonu do tych, którzy nie załapali się na pokoje i nie puścić na pierwszy ogień tych psów, które musiały siedzieć w autach? To nie tak, że chciałabym być wyróżniona, ale uważam, że w trakcie zajęć były interakcje, które można było ustawić w innej kolejności.

6. Omawianie interakcji. Dopiero kiedy pojawiały się psy, uczestnicy zadawali pytania "co to za pies, z czym ma problem, jak się to objawia?", a przecież w trakcie czekania na przyjście psów można było zrobić krótką prezentację na bazie zebranego na początku warsztatów wywiadu. Brakowało mi też typowego podsumowania interakcji. Bardzo byłam ciekawa omówienia tego, co pokazała Fika i Hunter, ale niestety nie doczekałam się podsumowania ich wystąpień.

7. Cena... Zdaję sobie sprawę, że wynajęcie takiego miejsca to są naprawdę spore koszta, ale biorąc pod uwagę poziom organizacji zawarty w cenie pół tysiąca złotych... Naprawdę można to przygotować dużo lepiej.

8. Interakcje między organizatorami. Niestety, czasem miałam wrażenie, że mimo iż wszyscy interesujemy się jednym tematem, to komunikacja między organizatorami pozostawia wiele do życzenia, a już stwierdzenie jednego z nich, że "troszkę się zmęczyłem, teraz ty prowadź" jest kompletnie nieprofesjonalne. Każdy z organizatorów miał swój wkład w prowadzenie psów, dlatego widząc powyższą sytuację poczułam się zniesmaczona. Przecież można na seminarium stworzyć domową atmosferę, ale przekomarzanie się kto ma teraz zostać operatorem kamery warto zostawić na imprezę w gronie rodzinnym, a nie profesjonalne szkolenie.

8. W trakcie warsztatów nie można używać kamer i aparatów. Naprawdę to szanuję. Cenię sobie to, że Talking Dogs zbiera dzięki nam materiały do swojej pracy i dalszych badań, ale nie podpisywałam żadnej formułki, która zezwala na wykorzystanie mojego wizerunku, a uważam, że w dzisiejszych czasach to prawdziwe "must have" tego typu warsztatów.

*****

Czy kiedykolwiek pojadę znów na klasy komunikacji?
Jeśli będę miała pewność, że wymienione wyżej niedociągnięcia nie będą mieć miejsca - tak, naprawdę chciałabym pojawić się ponownie. Pomijam już fakt, że nie dostajemy instrukcji "jak postępować z psem", co może denerwować, ale myślę też, że każdy uczestnik biorący udział w tego typu warsztatach jest na tyle dojrzały, że potrafi sam znaleźć metodę na swojego psa. Byłoby cudowne, gdyby organizatorzy zapisywali sobie interakcje i po skończonych warsztatach wysyłali uczestnikom podsumowanie. Nie martwię się już opinią jaką o nas usłyszałam, przebolałam ;) W końcu organizatorzy widzą tylko to, co pies prezentuje w danej chwili, nie znają jego przeszłości i prawdziwych problemów z którymi codziennie się borykamy. Jeśli takie zajęcia pozwolą Jance na naukę nowych metod radzenia sobie ze stresem (w trakcie drugiego dnia Janka kilkukrotnie tarzała się na małym padoku, czego do tej pory nie prezentowała) to tak - każdy zarobiony grosz będę odkładała tylko po to, by znów posiedzieć na padoku i cieszyć się jak jakiś pies zrobi siku :)