14.05.2017

Psi język otwartości

Jankę poznałam 7 listopada 2012 roku i od tego czasu obserwuję zmiany w jej zachowaniu. Oprócz typowych problemów behawioralnych jakich nabawiła się w schronisku i w poprzednim domu, jest jeszcze coś, o czym mówię tylko niektórym, bo wydaje mi się, że dla większości z Was jest to coś, na co może nie zwracacie tak bacznej uwagi jak ja...

----

Chodzi mi o psi język.
Psi język to mój fetysz. I nie mam teraz na myśli psiej mowy, która jest podstawą w mojej pracy z Janką, tym razem chodzi mi po prostu o narząd umieszczony w psiej paszczy. Narząd, którego przez pewien czas w ogóle u niej nie widziałam, ale z biegiem miesięcy, coraz częściej się pokazuje :)

Pamiętam nasze pierwsze wakacje (KLIK) i bardzo trudne warunki jakie tam panowały. Pamiętam też pogodę, było gorąco, duszno, a czarne futerko Janki momentalnie się nagrzewało. Wiecie co jeszcze pamiętam? To, że wtedy w ogóle nie ziajała... Żeby ją schłodzić zabierałam nad jezioro i kazałam moczyć łapki. Przestawiałam jej klatkę w cień i przewiewne miejsce, a na spacery łaziłam po lesie. Jedyny moment, kiedy Janka wytykała język była krótka chwila po intensywnym aportowaniu piłeczki, ale nigdy nie udało mi się tego uwiecznić na zdjęciu. Do tej pory Janka ma problem z wymierzonym w nią aparatem i choć teraz już nie ucieka, to nadal odwraca głowę i zamyka paszczę.

Poranny spacer w polach, rok 2016


Możecie nazwać mnie świruską, ale teraz dokładnie widzę ile miesięcy trwało ułożenie wszystkiego na nowo. Dla postronnego obserwatora wydawało się, że z psem jest wszystko okej, ale w środku był ścisk. Janka była tak sztywna i zamknięta w sobie, że miała duży problem by swobodnie ziajać. Mówię - swobodnie - czyli mam na myśli coś, co dla psów jest naturalnym odruchem. Ciepło? To znaczy, że wywalam język. U Janki ten mechanizm działał inaczej: "Ciepło? Uchylę pyszczek. A jak się zapomnę, to może też lekko wysunę język".

Pierwsze zdjęcie z wywalonym językiem zrobiłam jej w czerwcu 2014 roku. Poranny długi spacer w lesie, przyjemny, ciepły dzień, chwila tuż po zabawie. Dla mnie to sukces, bo mimo, że sytuacja trochę wymuszona, to jednak była!


Moje polowanie na język ciągle trwało. Ekscytowałam się innymi pieskami, które swoje języki nosiły jak krawaty, jak dumne pochodnie odprężonych psich główek. Jak chorągwie psiej szczęśliwości.
Zdawałam sobie sprawę, że zmienia się to u mnie już w lekką chorobę. Zaczęłam wysyłać serduszka pod wszystkimi zdjęciami psów moich znajomych, na których miały wystawiony język, byłam stalkerem piesków, u których widziałam otwartą paszczę. Wieczorami oglądałam i lajkowałam instagramowe zdjęcia #tongue...

A później minął rok, pojechałyśmy na kolejne wakacje (KLIK) iiiii....


Tak!!! To stało się właśnie wtedy. PRZEŁOM! Poranny spacer, niespieszne obejście wsi i okolicznych pól, chwila przerwy, no i mamy to! Pies ziaje. Sam z siebie. Taka jego decyzja. Otwarty pysk, zmrużone oczy, wysunięty język, relaks. Nawet to, że skakałam przy niej z aparatem nie robiło na niej wrażenia. Od tego dnia było już tylko lepiej.

Sytuacja z językiem przebiegała równolegle z inną sprawą nad którą pracowałam. Chodzi mianowicie o pojenie psa poza domem.
Na każdy spacer brałam ze sobą butelkę wody i miseczkę, jednak każdorazowo nie było zainteresowania tematem. Janka wolała się napić z kałuży albo z jeziora, a jak na spacerze nie było takich rarytasów, dzielnie czekała aż wrócimy do domu i wtedy uzupełniała braki.

Pierwszą sytuacją, w której Janka naprawdę piła poza domem był nasz dogtrekking na Mogielicy (KLIK). Wiem, że było to trochę oszukane, bo w butelce miałam wywar z kurczaka, ale chyba to, że jej smakowało, więc go piła, oraz to, że było wtedy bardzo gorąco i naprawdę potrzebowała się nawodnić, pokazało jej, że jeśli jest okazja do wypicia, można z niej skorzystać. Od czegoś trzeba zacząć :)

Nie jest jeszcze idealnie w tym temacie, ale jest na tyle dobrze, że pies pije wodę z OBCEJ (!!!) miski na treningu agility, wypije wodę z miseczki, którą ma w klatce w aucie, szuka wody kiedy przychodzimy do kogoś w gości oraz - niezależnie od pory roku - napije się wody na spacerze, jeśli tego potrzebuje. Tu na przykład macie zdjęcie z naszego adopcinkowego spaceru (KLIK) z 2015 roku :)


Życie z Janką to ciągła praca. Nie ma dnia, byśmy czegoś razem nie analizowały, a sytuacje dnia codziennego dają nam aż za dużo możliwości do treningu. Ja jestem fanką pracy małymi kroczkami, bo pracę dostosowuję do psa. Dużo udało się zmienić w jej życiu, wiele jest jeszcze do poprawy, ale samo to, kiedy widzę że mój pies wytyka język, by się ochłodzić albo na spacerze prosi mnie o wodę, powoduje u mnie mały wybuch radości. Dobra. Tak serio. Jaram się tym jak dzika i dlatego chciałam się tym z Wami podzielić :D